M A R I A

R o z d z i a ł  I – K r z y (k) s z t o f

     Tak naprawdę, nie wiem czy Maria teraz spędza czas z koleżankami. Nie wiem czy jest w domu, czy może pije swoją ulubioną kawę, którą mieli przed każdym zaparzeniem. Możliwe, że właśnie słucha radia w kuchni, leży na kanapie, a może odsypia kolejny dzień w pracy, bo boli ją głowa od krzyku dzieci. Moje wspomnienia są tak wyraźne i dokładne, że mogę układać z nich niekończące się historie. Codziennie inna, zupełnie różna od poprzednich, ale w każdej z nich jest tyle samo Marii. Wymyślam je, dopowiadam sobie i przypominam sobie jej twarz centymetr po centymetrze. Teraz, kiedy stoję w oknie a na dworze padają ogromne płatki śniegu, widzę ją w każdym z nich. Maria była moją zimą. Nie taką zimą, jaką możemy zobaczyć w Warszawie co roku. Pełna pluchy, kałuży, deszczu ze śladową ilością śniegu. Maria była zimą białą, z trzeszczącym śniegiem pod butami, mrozem na odmarzniętych policzkach ale też grzanym winem, ciepłem z kominka i grubym, wełnianym szalem. Teraz znowu stoję i wypatruję podobnej twarzy w ludziach, których nie znam, a nos odmarza mi od zimnego szkła.

– Nie uważasz, że czwarta szklanka to trochę za dużo? – zapytał, widząc, że jego przyjaciel ma coraz mętniejszy wzrok.

– Przecież wiesz, że jak mogę to piję – odpowiedział – wypiję pięć, dziesięć, dwadzieścia szklanek, zrobię wszystko, żeby nie musieć już myśleć. Jutro wstanę, prawdopodobnie znowu zaleje pałę, aż będę miał dość. Wykąpie się, ogolę i wrócę do społeczeństwa. – odpowiedział, starając się zachować kontakt wzrokowy – ale właściwie może masz rację. Czas iść do domu, sprawdzić czy dzieci śpią a żona, moja żonka kochana cała i zdrowa jest.

     Ulice były już praktycznie puste. Krzysztof, lekko chwiejnym ale dosyć pewnym krokiem przemierzał miasto w celu dotarcia do domu. Oprócz rażących świateł samochodowych raz na jakiś czas i przebiegających szczurów w pobliżu śmietników, nikt nie zakłócał jego spokoju. Mężczyzna był przyzwyczajony do obserwowania ludzi, tej nocy to jednak on czuł się obserwowany. Nie wiedział, czy coś faktycznie jest na rzeczy czy to tylko alkohol daje mu mylne znaki? Może oszalał a ta paranoja jest jednym z pierwszych objawów. Może tylko niecodziennym było wracanie o drugiej w nocy przez całe miasto na lekkim rauszu. Krzysztof szedł a droga wydawała się nie mieć końca. Skręcał, gubił się, śmiał się ze wspomnień na widok pomalowanego chodnika żeby chwilę później rozejrzeć się i nie móc rozpoznać ani jednej cegły. Kiedy w końcu dotarł na dobrze sobie znane osiedle, usiadł na ławce pod blokiem. Ławce do której odprowadzał wzrokiem wszystkich pieszych, każdego dnia w godzinach popołudniowych. Zza marynarki wyciągnął malutką butelkę z czerwonawym płynem – wiśniówkę oczywiście, 250 mililitrów, które miało go uszczęśliwić jeszcze bardziej. Przechylając dłoń i wydobywając bulgotanie ze szkła, opróżnił połowę zapasów jakie zostały mu na tą pochmurną noc. Zapalił papierosa, chociaż na co dzień nie palił. Nie lubił być uzależniony od czegokolwiek, zawsze potrafił się kontrolować i wiedział, kiedy powiedzieć stop. Dzisiejsza noc była jednak inna, inna od wszystkich które znał. Chociaż Krzysztof czuł tą magię, nie był do końca przekonany o jej pozytywnym wpływie na rzeczywistość. Pierwszy raz w życiu poczuł, że coś ma nad nim kontrolę. Czuł swego rodzaju zakłopotanie. Mieszało się ono z podnieceniem a nawet ekscytacją. Nieznane uczucia rządziły jego mózgiem, brzuchem, nogami. Krzysztof. Zdystansowany, twardo stąpający po ziemi, odpowiedzialny za siebie i innych. Wpadł w pułapkę i wiedział, że teraz już nie ma odwrotu. Był skazany na cierpienie, cierpienie którego jego ciało mogło nie pomieścić w całości. Teraz był już tylko Krzyśkiem.